Tekst pisano w 2005 roku gdy Krzysztof Politowski był wśród nas.
Z przykrością zamieszczam informację, że odszedł 29 maja 2006 roku.
W Przedborzu mieszka i tworzy Krzysztof Politowski – rzeźbiarz odkrywający tajemnicze życie zamknięte w drewnianych pniach i gałęziach. Artysta jest członkiem Stowarzyszenia Ars Populi, wielokrotnym laureatem konkursów na rzeźbę ludową i żydowską, odznaczony tytułem „Mistrza dłuta”. Corocznie bierze udział w Forum Twórców Ludowych organizowanym przez marszałka województwa łódzkiego, Łódzki Dom Kultury i Ars Populi oraz w Regionalnych Targach Turystycznych „Na styku kultur”. Jego rzeźby prezentowane były na wystawach w Łodzi, Radomsku, Przedborzu… Posiada stałą ekspozycję rzeźb w sali judaików Muzeum Regionalnego w Przedborzu oraz w Galerii Sztuki Ludowej w Krzętowie.
Krzysztof Politowski

Tajemnice drewnianych pni.

Zarówno tradycja rodzinna, jak i nasycenie rejonu Przedborza rzeźbiarzami ludowymi, w jakiś sposób zwiększały prawdopodobieństwo sięgnięcia przez Politowskiego po kawałek drewna. Ale dopiero indywidualne doświadczenie zadecydowało o narodzinach tej pasji. W 1982 roku pan Krzysztof znalazł kawałek jarzębinowej gałęzi i długo trzymając ją w dłoniach powoli zaczął rozumieć, iż każdy kawałek drewna kryje w sobie tajemnice, i że rola rzeźbiarza sprowadza się zasadniczo tylko do próby – mniej lub bardziej umiejętnego - jej odsłonięcia. Odtąd próbuje wyczuć rytm pni, dynamikę przyrostów, kształty ukrytych pod zewnętrznymi warstwami postaci. Stąd ogromna różnorodność, przestrzenne rozwibrowanie i niezwykła harmonia lipowych i klonowych rzeźb. „Wsłuchiwanie się” w drewno ułatwia rzeźbiarzowi jego spokój i wewnętrzne wyciszenie oraz szacunek dla zastanej rzeczywistości. To dzięki tej cesze prace Politowskiego szczelnie wypełniają wnętrze starej żydowskiej piekarni, która jest jego prywatnym mieszkaniem. Ścienne nisze, służące niegdyś do układania bochenków chleba, teraz wydają się być nierozerwalnie złączone z nowymi drewnianymi mieszkańcami. To także jedna z przyczyn, dla których artysta niechętnie rozstaje się, choćby na krótko, ze swoimi pracami.
rzeźba Politowskiego  rzeźba Politowskiego
Matka z małym bobrem przesuwa się bezszelestnie wzdłuż powalonego pnia. Maleństwo przystanęło na chwilę na bocznym wydrążonym konarze. Linie sierści pokrywają się idealnie z układem osnowy drewna, dzięki czemu zwierzęta zdają się być na zawsze wtopione w strukturę drewna. Wszystko stanowi integralną całość. Innym, bardziej metaforycznym przykładem integracji, jest człowiek–drzewo, na którego ramionach–konarach przysiadły ptaki, a schronienia pod nogą–korzeniem szuka niedźwiedź.
Najbardziej niezwykłe w dorobku Politowskiego są duże rzeźby i płaskorzeźby o ekspresyjnej dynamice i niemal secesyjnie zawirowanej linii. Ich tematyka jest w zasadzie sprawą marginalną. Istotne są uczucia i te wyrażone, i te budzone u odbiorców. Półpostać odchylona z bólu ku tyłowi. Rozpostarte ramiona krzyczą. Napięte mięśnie, żyły, włosy gałęzie rzeźbiły latami. Kłębiące się fragmenty ludzkich ciał. Tłum o zwielokrotnionej sile perswazji. Dobro i zło zespolone w jedność. Trudno wskazać granice, gdzie kończy się postać Chrystusa a zaczyna diabła.
Płaskorzeźba chłopa z babą siedzącą mu na ramionach. On został zredukowany do pochylonej i zasmuconej głowy – grube rysy, wypukłe policzki, sercowato zakończony nos, ogromne prawe ucho. Ciężar życia, losu, kobiety mocno odcisnął się na tym obliczu. Nogi baby obute w kierpce szczelnie otulają jego szyję. Ręce opiera mocno na jego głowie. Swobodnie na jej ciele układa się bluzka, zwisają wisior i kolczyki. Podobnie jak chłopa, cechują ją grube chłopskie rysy. Rozgadana patrzy w bok, nie zauważa zmęczenia mężczyzny, kwitnie w swej urodzie i wygodzie.
Skulony, spięty, zmęczony życiem człowiek, zasłania się przed atakiem nieznanego jedynie ogromną dłonią rozpostartą nad głową. Lecz właśnie ta otwartość jeszcze bardziej potęguje wrażenie bezsilności postaci. Taką samą sytuację bezradności zupełnie inaczej przeżywa kobieta (dziecko?). Szuka ona wsparcia nie we własnej, ale obcej, mającej mocne oparcie w strukturze cokołu, dłoni. Kobieta przytula głowę i lewą rękę do opiekuńczej dłoni Boga. To gest przepojony ufnością i wiarą w nadprzyrodzoną siłę.
rzeźba Politowskiego rzeźba Politowskiego rzeźba Politowskiego
Moc kobiet jest przejawem ich dojrzałości. Lekkie, zwiewne, dynamiczne i niefrasobliwe są tylko postacie z młodzieńczych rzeźb Politowskiego: błękitny fruwający motyl, dziewczyna ubijająca nogami kapustę w beczce czy leżąca w pełnej krasie swojego młodego ciała ze zgiętymi ku górze nogami. Kobiety dojrzałe są spokojniejsze, świadome swej wartości i siły. Maria klęczy u żłóbka urzeczona zapachem czerwonego kwiatu. Największa powierzona jej misja wypełniła się, teraz przyjemność sprawia jej każdy przejaw codzienności. Podstarzała elegantka, z opaską we włosach, wisiorkiem i przyczernionymi oczyma, stara się przekonać świat o wartości swej gasnącej urody. Jednak przede wszystkim źródłem kobiecej siły jest ich mądrość, zrozumienie dla przemienności, czy nawet równoczesności, występowania w życiu dobra i zła (diabeł i anioł w jednej postaci), okresów rozwoju i wyciszenia (podwójna postać statyczna i tańcząca), umiejętności szukania wsparcia u Boga i ludzi (kobieta i mężczyzna mający jedną parę wspólnych pracowitych dłoni)…
Mężczyźni rzeźbieni przez Politowskiego przez cały czas są barwni, efektowni, zaaferowani własnymi pasjami. W niszach ściennych poukrywali się kolorowi ułani, rycerze, Chińczycy, pijacy, stojący na własnych wąsach uliczni eleganci… Przestrzeń wypełnia muzyka drewnianej kapeli. Niewidomy skrzypek w meloniku przygotowuje struny swojego instrumentu. Na skrzypcach gra także stary gruby Żyd. Pasterz, w brązowo-czarnym odzieniu, gra na fujarce. Elegancki cylinder podkreśla jego artystyczną fantazję. Jeden z członków żydowskiej kapeli jest tak okazały, że mógłby zastąpić ją całą. Napięte, podkurczone nogi innych mężczyzn sygnalizują, że koncert rozpocznie się wkrótce.
rzeźba Politowskiego  rzeźba Politowskiego
Tak jak przestrzeń mieszkania, tak cała twórczość przedborskiego artysty, rozpięta jest między sacrum a profanum, między zwielokrotnionym Chrystusem Frasobliwym a czarnymi diabełkami, którym moc nie daje się jednak porównać, czy przeciwstawić boskiej sile. Chrystus ukryty w wydrążonym pniu, w samotności pragnie przeżyć swój ból i poniżenie, w samotnej modlitwie przygotowuje się na ostatnią krzyżową drogę. Chrystusa w przydrożnej kapliczce otula daszek grzyba. Nawet to, co chwilowe i nietrwałe może stanowić schronienie dla wartości wiecznotrwałych. Chrystus, którego ciało jest równocześnie jego krzyżem. Czuć ogromne cierpienie białych włókien ciała. Diabełki tańczą zawieszone w ukośnych pozach. Zawirowały ich miotły, widły, ogony i rogi. Duża diabla twarz świeci w ciemności otwartymi oczyma. Diabeł potrafi także mocno stać wczepiony w skałę szponiastymi pazurami. Jego czarno–czerwone fraczek doskonale harmonizuje z kruczoczarną czupryną. Diabelskie postacie są stale powracającym niespokojnym refrenem w harmonii boskiego porządku.
Beata Anna Symołon
foto Czesław Polcyn

Powrót – Back


Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.