Z i m o w e   i m p r e s j e

Słońce wyłaniające się powoli zza linii horyzontu niesie ze sobą całą gamę ciepłych barw. Na początku wszystkie skupione są wokół niego. Słońce niechętnie rozstaje się z nimi. W porannym pejzażu dominują ciepłe kolory pastelowego tła. Wpierw różem barwi się niebo. Pokryte grubym szronem delikatne gałązki drzew mocno zaznaczają się na zaróżowionym tle. Biel śniegu w tym otoczeniu staje się ciepła. Często liliowa. Ciepły śnieg na gałęziach i ciepły brąz drzew zyskują jakby własne wewnętrzne światło. Wznoszące się słońce wypromieniowuje następnie pomarańcz i całą gamę delikatnych żółci. W takim świetle śnieg skrzy jak nigdy dotąd. Drzewa, na wysokości korony których zawisa żółta tarcza, odciskają się od delikatnego pejzażu silnym konturem. Zieleń igieł czernieje. Znika subtelność brzóz. Zaczynają rzucać równie graficzny cień. Drzewa nie prześwietlane porannym słońcem mają spokojne niebieskawe cienie. Cienie ledwo dotykające ośnieżonej powierzchni. Po niej pełgające. Upływający czas przynosi coraz więcej błękitu w śnieżnych odbiciach.

Wszystko oklejone igiełkami szadzi. Nawet najmniejsze gałązki roślin uginają się pod ciężarem nadprogramowych ozdób. Dominują płynne owalne linie. Białe drzewa. Intensywność oszronienia, jego zabarwienie, zależą od gatunku drzew, od gęstości nagich gałęzi, pędów, zeschłych liści, igieł. Ściana lasu nigdy nie jest tak niejednolita jak pod warstwą szadzi. Każde drzewo i każdy krzew zyskują indywidualny kształt i kolor. Niezwykłe są wiotkie zazwyczaj zwisające gałązki brzozy. Kwiaty jeszcze jesienne otoczone zimną bielą. Ciepłe brunatno złote liście z mgiełką białych kryształków precyzyjnie podkreślających ich kształt. Las wewnętrzny jest bardziej zielony i brązowy od swoich obrzeży. Leśne drogi nigdy nie są tak dziewicze jak zimą. Drzewa na linii horyzontu wydają się być zaledwie swoim własnym odbiciem. Szadź zakwestionowała ich realność.

Przydrożny krzyż stapia się ze wszechogarniającą bielą. Płynie wraz z drogą ginącą we mgle. Kryształki lodu tworzą aureolę wokół ledwie zarysowanej postaci ukrzyżowanego Chrystusa. Naturalny wymiar świętości. Ten sam proces powtarza się przy maleńkim krzyżu nadrzewnej kapliczki. Oszronione kwiaty i białe girlandy gałęzi stanowią jej najpiękniejszą dekorację. Tropy zwierząt wokół ogrodzonego polnego krzyża. Tak jakby jedynie ptaki i zwierzęta przychodziły się pod nim modlić.

Zresztą zimowy świat właśnie zwierzętom oddany jest we władanie, człowiek jest w nim przejściowym intruzem. Drogi zwierząt i ptaków przecinają się w różnych kombinacjach. Nieogarnięta biel. Na jej tle mocno odciska się każdy ciemny punkt. Bezbronne ptaki łowne zostają całkowicie odkryte. Skupione i ciche kulki kuropatw. Efektownie lądujące bażanty. Drapieżniki są widoczne nawet dla nieprawnego oka. Myszołów w koronie białej gruszy. Myszołów kołujący przy stogu słomy. Piękna forma walki o przetrwanie.

Chełmską Górę tworzą dwa rodzaje materii. Jedna biała, poddająca się działaniu miękkiego śniegu, szronu, lodowych sopli. Pod ich ciężarem giną drzewa, krzewy, ziemia… Druga całkowicie śniegowi obca. Nagie, bardziej nawet nagie gdyż obnażone przez ludzi, skały, zachowały swoją rudawą tonację. Poszczególne warstwy, różniące się odcieniami i gęstością, zyskały na intensywności w przenikliwym blasku zimowego słońca. Skały tworzą linie niezdobytych murów zwieńczonych ażurowymi blankami oszronionych drzew. Owal skał zamyka patrzącego w nieprzeniknionym pięknie. Lepiej patrzeć na nie z oddalenia, by zapewnić sobie odwrót z miejsca i od wrażeń. Te ostatnie dystans spotęgować potrafi.

Tekst publikowała „GAZETA RADOMSZCZAŃSKA” nr 6 z 2006 r.

Beata Anna Symołon

Galeria foto

Powrót – Back



Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.