Niekiedy w różnych miejscach i umysłach rodzą się podobne idee. To „coś wiszące w powietrzu”, dzięki sile powtórzeń, staje się nie tylko dostrzegalne, ale i ważne. Analiza korespondujących ze sobą idei jest niezwykłą przygodę artystyczną i intelektualną. Jesienią ubiegłego roku, dzięki nagrodzie literackiej Nike przyznanej książce Andrzeja Stasiuka „Jadąc do Babadag”, zaistniała poezja Europy brzydkiej, biednej i opuszczonej. W tym samym czasie Stanisław Imieniński rozpoczął malować nowy cykl obrazów utrwalających noworadomskie klimaty.
Kontakt ze światem autora „Dukli” i najnowszymi obrazami Imienińskiego inspiruje do zweryfikowania własnego spojrzenia na najbliższe wokołoradomszczańskie otoczenie, gdyż za moment nie będzie to możliwe w ulegającej szybkim zmianom przestrzeni.

Poetyka miejsc zapomnianych

W „Jadąc do Babadag” Andrzej Stasiuk opisuje swój indywidualny sposób postrzegania bliskiego mu emocjonalnie świata. Te dwa zagadnienia są nierozerwalne – sposób postrzegania i przedmiot postrzegany, z zastrzeżeniem, iż spojrzenie kreuje świat przedstawiony. „(...) interesuje mnie zanik, rozpad i wszystko, co nie jest takie, jakie być mogło albo być powinno. Wszystko, co zatrzymało się w pół kroku i nie ma siły, ochoty ani pomysłu, wszystko, co się zaniechało, spuściło z tonu i dało za wygraną wszystko, co nie przetnva, nie pozostawi po sobie śladów, wszystko co się spełniło samo dla siebie i nie wzbudzi żadnego żalu, żałoby ani wspomnień. Czas teraźniejszy dokonany. (...) rzeczy, które istnieją tylko wtedy, gdy ktoś na nie patrzy ”(s. 247).

Smutek przytorowych rupieciarni, druciane płoty, stosy gratów, zużyty metal, zniszczone cegły, wszystko ujęte w ramy kanciastej geometrii (s. 310); dwie rude nitki raz po raz pochłania piaszczysta ziemia, kolejowe resztki (s. 312). Kolejowy świat wdziany najlepiej od strony torów. W całej Polsce ciągle jeszcze aktualny. Bezruch i pustka rodząca nostalgię za dawną bezinteresowną gadatliwością licznych współpasażerów.

Ceglane czerwone budynki, jak budowle ze starych klocków (s.312) odnajdziemy i na małych przecznicach Narutowicza, Reymonta, i w Piotrkowie. Na wpół rozebrane hale fabryczne straszyły pustymi oczodołami w okresie niesprecyzowanych planów. Teraz zostały odbudowane, czasami otynkowane, uładzone, tak jak w otoczeniu radomszczańskiego dworca. Przywrócono je produkcyjnemu światu. Doświadczenie rozpadu gwarantowały do niedawna obnażone kominy i metalowo–ceglane hale cementowni w Rudnikach. Potwór zasypujący szarym pyłem całą okolicę zamarł. Długo straszył jego szkielet. Bardziej klockowe od ceglanych są drewniane piętrowe domy (robotnicze domki na Kowalowcu, okolice piotrkowskiego kirkutu...). Zdają się być nierealnymi cytatami w realnej okolicy. Ciągle z daleka wyczuwa się ich ciepły zapach przesuszonego drewna. Rozpad zatrzymany w pół drogi.

Istniało i nie istniało zarazem. Nie do końca umarłe i już niezbyt żywe. Tak jakby materia naśladowała świat duchów ” (s. 315). Takie są nisko zabudowane fragmenty ulic Przedborskiej i Narutowicza w Radomsku, w Kamieńsku, Bełchatowie, stara żydowska zabudowa w Przedborzu. Nogi stawiane na chodniku odbijają się w szybach niskich okien. Kilkoma krokami przemierzyć można metraże niewielkich mieszkań, lilipucich. A kwiaty – na poziomie gruntu – wyrastają z doniczkowej ziemi. Klimatów takich uliczek kiedyś trzeba będzie szukać w filmach np. „Rysiu” Stanisława Różewicza i w nastrojowym malarstwie realistów.
Świat duchów i roślin zawładnął także opuszczonymi dworami, zabudowaniami dworskimi, porzuconymi gospodarstwami. Liszaje grzybów pełzają po ścianach zalanych w czasie gaszenia pożaru podradomszczańskich dworów. Oficyny, podtrzymywane drągami, zajmują bezdomni (Jedlno). Nędzy dopełniają wietrzące się strzępy pierzyn i szarość firanek w porozbijanych oknach. Ekspansywna zieleń porasta, najczęściej niezwykle malowniczo wyglądające, ale tylko w okresie letnim, rozsypujące się zabudowania gospodarcze (wiele innych małych wiosek, których nazw nie sposób zapamiętać). Wszędzie, gdzie człowiekowi brakuje pomysłu na zagospodarowanie, przyroda chętnie i szybko przejmuje miejsce w posiadanie.
Krajobrazy Stasiuka dopełniają dwa istotne czynniki: pogoda i ludzie. Autor „Białego kruka” podróżuje najczęściej późną jesienią, nie ośnieżoną zimą, wczesną wiosną. Nagie, pozbawione liści drzewa, kałuże, roztopy, deszcz, brak słońca, przeszywający chłód, potęgują brzydotę miejsc, zamykają mieszkańców we wnętrzach domów, a ich zabałaganione otoczenie wystawiają na swobodny ogląd. Na taki sam ogląd zdają się godzić ludzie zajmujący wąskie ławeczki wzdłuż głównej drogi w niejednej podradomszczańskiej wsi czy amatorzy chmielowych napoi stojący godzinami, dniami, miesiącami, prawie że niezmiennie przy rozpadających się, wcale nie tak nielicznych, radomszczańskich domach. Lecz gdy pierwsi są kontynuatorami dawnej tradycji wioskowych sąsiedzkich spotkań, dla drugich nawet rozmowa wydaje się być wysiłkiem ponad miarę ich sił. Tępym spojrzeniem rejestrują poruszający się wokół nich świat. I „chłoną czas jak gąbki” (s. 248), choć może bardziej to czas wchłania ich.
Imieniński – całkowicie niezależnie od Stasiuka – podjął podobne wyzwanie. Prezentowany na wystawie najnowszy cykl obrazów utrwala odchodzące klimaty żydowskiego miasteczka, jakim było przedwojenne Radomsko, czy wcześniejszy Noworadomsk. Spojrzenie Imienińskiego jest specyficzne. Pomija mniej lub bardziej dekoracyjne fasady kamienic, mija podwórka i koncentruje się dopiero na tyłach domów, na wąskim pasie muru, dachu i wiszącym nad nimi skrawku nieba. Nakładane wielowarstwowo barwy, tworzą na gładkiej fakturze płótna, wiekową historię domów. Liszaje czasu rozpełzają pod maleńkimi łazienkowymi lub schodowymi okienkami, grube, nierówne i poobijane tynki zaznaczają istnienie kolejnych właścicieli. Imieniński patrzy na owe kamienice i w porze dla nich mało korzystnej: o rozświetlającym wszystkie niedociągnięcia poranku, o brudno szarym zmroku; tylko raz ukazuje nakładające się cienie dwu kamienic nocą. Obrazy stanowią cykl niezwykle spójny kompozycyjnie i kolorystycznie; malarz wypracował nowe bryły, podstarzałe barwy, nowe pociągnięcia szpachli i piórka. Imienińskiemu udało się utrwalić to, co skazane jest na niebyt i – dzięki sile artystycznego przekazu – wzbudzić żal i nostalgię do miejsc zapomnianych przez ludzi i los. To dowód na to, iż sztuka potrafi nawet brzydotę uratować przed nicością.

Beata Anna Symołon

/Cytaty pochodzą z książki Andrzeja Stasiuka, „Jadąc do Babadag”, Wołowiec 2004.
Wernisaż odbył się w MBP r. 2006/

Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.