żałoba

ODSZEDŁ NA „WIECZNĄ WARTĘ”


W dniu 11 września 2008 roku zmarł w Warszawie generał brygady Marian Nitecki ps Pikador. Radomszczanin, jeden z największych patriotów, jeden z najdzielniejszych odszedł od nas w wieku 95 lat.

Marian Nitecki urodził się w Radomsku 20 września 1913 r. Uczęszczał do Gimnazjum im. Fabianiego. Uczestnik wojny obronnej 1939 r mianowany 15 sierpnia 2007 r generałem brygady, do ostatniej chwili oficer senior Batalionu Kawalerii Powietrznej im Szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego w Leźnicy Wielkiej k/Łęczycy (łódzkie), podopieczny Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Po wojnie posługiwał się wydanymi przez kpt Warszyca (Zbigniew Sojczyński) dokumentami na nazwisko Marian Baryła.

15 sierpnia 2008 r gen. bryg. Marian Nitecki został przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Belwederze przy ceremonii wojskowej odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazdą, jako jedyny na świecie żyjący oficer zawodowy 1 pułku szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego.

CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI


Marian Nitecki

Rok 2002 Warszawa. W środku Marian Nitecki z lewej Zbigniew Zieliński z prawej Szef Sztabu Generalnego WP gen. Broni Czesław Piętas.
Skan foto z wymienionej książki Zbigniewa Zielińskiego (za zgodą Autora)

Smutną informację otrzymałem w dniu 12 września od pana Zbigniewa Zielińskiego b. ministra ds. kombatantów oraz autora wielu książek dotyczących AK i KWP. W rozmowie telefonicznej Pan Zbigniew z własnej inicjatywy i bezinteresownie wyraził zgodę abym w materiale opracowywanym dla portalu noworadomsk.pl przedrukował z Jego książki Jedni z najdzielniejszych cały rozdział dotyczący Mariana Niteckiego. Prześle także fotografie, którymi materiał w portalu zostanie wzbogacony natychmiast po otrzymaniu przesyłki.
Zdzisław Wiśniewski

Z tej książki (wydanej w 2006 r.) pochodzi uzgodniony z Autorem przedrukowany niżej fragment. Dziękuję Panie Ministrze Zieliński za ścisłą i owocną współpracę. (Z.W.)

Okładka książki
«***»

Szwoleżer, partyzant, leśnik – trzynaście razy aresztowany płk Marian Nitecki mimo podeszłego wieku (94 lata) wspaniale włada piórem i słowem. Trudno by było jego barwny życiorys skracać, względnie pisać o nim innymi słowy. Zgodził się, aby fragmenty jego wspomnień opublikować w pełnym brzmieniu:
„Wybuch wojny 1939 roku zastał mnie na stanowisku oficera służby czynnej w stopniu ppor. l pułku szwoleżerów Józefa Piłsudskiego w Warszawie. W składzie tego pułku, dowodząc plutonem szwoleżerów, odbyłem kampanię wrześniową na linii Chorzele, Przasnysz, Pułtusk, Wyszków, Kałuszyn, Biłgoraj. Po walkach pod Sucho Wolą, gdzie zostaliśmy okrążeni przez wojska sowieckie i niemieckie, dostałem się do niewoli niemieckiej. Z grupą ok. ośmiuset oficerów byłem transportowany samochodami ciężarowymi w głąb Niemiec. We wsi Bogucice k. Pińczowa udało mi się wyskoczyć z samochodu. Po przebraniu się w cywilne ubranie dostałem się w pierwszych dniach października 1939 roku do rodzinnego Radomska.

[…] Pod koniec października otrzymałem zaproszenie od burmistrza Radomska, p. Lucjana Kwaśniewskiego, którego dobrze znałem jako legionistę i patriotę, na spotkanie w restauracji będącej własnością jego sióstr. W pokoiku na poddaszu, do którego mnie wprowadzono, zastałem trzech panów: burmistrza, rejenta Paradowskiego i Aleksandra Stasińskiego. Przy suto zastawionym stole, pozorującym picie wódki, oznajmiono mi, że gen. Michał Tokarzewski–Karaszewicz organizuje tajną organizację pod nazwą Służba Zwycięstwu Polski. Zapytano, czy wyraziłbym zgodę na wstąpienie do tej organizacji i czy przyjąłbym funkcję komendanta Obwodu Radomsko. Wyraziłem zgodę i po złożeniu przysięgi przyjąłem pseudonim «Pikador».

[…] Dzięki pomocy p.p. Kwaśniewskiego i Paradowskiego rozpocząłem pracę konspiracyjną na terenie miasta. W terenie organizował tę pracę wciągnięty przeze mnie do organizacji Stanisław Sojczyński, nauczyciel z Rzejowic, późniejszy kpt. «Warszyc». Po paru miesiącach moją obecność i działalność dostrzegli tutejsi Niemcy, z którymi uczęszczałem do szkoły powszechnej, a potem do gimnazjum. Ostrzeżony o aresztowaniu przeniosłem się na teren powiatu Włoszczowa. Tam otrzymałem funkcję komendanta podobwodu III i pracę na stanowisku leśniczego w leśnictwie Czarny Las. Pracując jako leśniczy, miałem doskonałe warunki do działalności konspiracyjnej. Prowadziłem między innymi kursy podchorążych. W mojej leśniczówce odbywały się również egzaminy maturalne tajnego nauczania oraz egzaminy uniwersyteckie filii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Organizatorem egzaminów w leśniczówce był dyrektor Roman Czarnecki. O znaczeniu tej działalności tak pisał por. mgr inż. Mieczysław Tarchalski „Marcin" w swoich wspomnieniach Kaktus: Działalność szkoleniowa, nasłuchowa, magazyny broni i sprzętu wojskowego w Obwodzie Włoszczowa znajdowały się w leśniczówce w Czarnym Lesie, gdzie leśniczym był Marian Nitecki «Pikador», oficer l pułku szwoleżerów – późniejszy dowódca zwiadu 7 Dywizji AK.

[…] Osady leśne – gajówki, leśniczówki i nadleśnictwa – w czasie hitlerowskiej okupacji spełniały wieloraką funkcję, szczególnie w lasach kielecko–radomskich. W zaciszu ich ścian, często już zmurszałych, rodziła się myśl walki ze znienawidzonym okupantem. Tu odbywały się narady i odprawy dowódcze oddziałów partyzanckich, szkolenia kadry podoficerskiej i szeregowych partyzantów, tajne nauczanie w zakresie szkoły powszechnej, średniej, a nawet wyższej. Te leśne domy, zagubione w głębi uroczysk, były magazynami broni, sprzętu wojskowego, skrzynkami kontaktowymi i przystanią dla «spalonych», głodnych i zagubionych. W osadzie leśnej głodny zawsze znalazł na stole kromkę razowego chleba, a spracowane ręce matki, żony lub siostry leśnika nigdy nie odmówiły mu kubka gorącego mleka. Dla partyzantów były więc osady prawdziwymi ostojami. Taka była też wówczas leśniczówka Czarny Las i okupacyjna działalność moja oraz mojej rodziny.

[…] Jesienią 1942 roku w bunkrze wykopanym w uroczysku «Korzeń» przechowywałem przez cztery miesiące czternastu Żydów ze Szczekocin. Bunkier wykopał dla nich żyjący jeszcze w Sprowie p. Molenda, a nadzór nad ukrywającymi się Żydami sprawował gajowy Nowak.
[…] W 1943 roku po odbiciu z więzienia w Częstochowie mjr. Mireckiego «Butryma», inspektora inspektoratu Częstochowa–Radomsko–Piotrków, przechowywałem go przez sześć miesięcy. «Butryma» przywiózł do mnie por. Jan Lipczewski, późniejszy zastępca przewodniczącego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

[…] Jedną z akcji dywersyjnych w 1943 roku było zorganizowanie przeze mnie zasadzki na furmanki z transportem spirytusu, jadące z gorzelni Słupia do destylarni Harsznice. Po rozbrojeniu sześciu Niemców, spirytus przywiozłem do mojego leśnictwa i zamelinowałem w dołach. Te 6 tyś. litrów spirytusu wykorzystano na zakup broni i amunicji dla naszego podobwodu AK.

[…] Latem 1944 roku dostałem rozkaz dowódcy okręgu zorganizowania dywersyjnego oddziału konnego. W lipcu 1944 roku oddział był już skompletowany i znajdował się w lesie. Liczył 28 ułanów. Był świetnie uzbrojony i bardzo dobrze umundurowany przez okoliczne ziemiaństwo. Miał stanowić rozpoznawczy oddział 7 DP AK. Dywizji jako całości jeszcze nie było, dlatego stale współdziałałem z oddziałem mojego przyjaciela «Marcina», biorąc udział we wszystkich stoczonych w tym czasie przez niego bojach z Niemcami. W sierpniu utworzono sztab dywizji i od tego czasu stanowiłem jego stałą ochronę.
Rozpoczęła się operacja «Burza» z marszem na Warszawę. Z uwagi jednak na odwołanie koncentracji, wróciliśmy na swoje tereny, prowadząc w dalszym ciągu walki z Niemcami.

[…] Pragnę tu opisać jedną z ciekawszych walk stoczonych w tym czasie. W końcu października 1944 roku kwaterowałem z plutonem osłony radia w majątku Krzepin, gdzie ochraniałem kwaterujący także w tym majątku sztab 7 DP i pułku «Chrobry» oraz batalionu «Marcina». Batalion «Marcina» zajmował wieś Krzepin, batalion «Przeboja» wieś Zagórze, a w odległości ok. czterech kilometrów od nas kwaterował batalion «Nurta» z 2 DP AK.
[…] 27 października był wyjątkowo pogodny. Wcześnie rano jak zwykle poszedłem do stajni i zarządziłem czyszczenie koni. Nagle usłyszałem odgłos strzału, a za nim drugi i krótką serię z karabinu maszynowego. Zrozumiałem, że moja placówka z kierunku Włoszczowy została zaatakowana przez Niemców. Za chwilę poleciała seria pocisków z moździerzy, które jednak nie trafiały w zabudowania dworu, lecz rozrywały się na podwórzu.
[…] W tym czasie spotkałem przed stajnią«Marcina», który wydał mi rozkaz, abym swym oddziałem i plutonem osłony radia zorganizował obronę dworu i powstrzymał Niemców, umożliwiając ewakuację sztabu dywizji i pułku. Rozkazałem osiodłać konie i pozostawić na uwięzi w stajni. Miałem spieszonych 42 ułanów i trzy rkm. Dwór od strony Włoszczowy otoczony był niskim murem, który stanowił świetną osłonę.
[…] Po ostrzelaniu z moździerzy, Niemcy otworzyli silny ogień z karabinów maszynowych ze skraju lasu odległego o ok. pięćset metrów od dworu. Nie pozwoliłem prowadzić ognia do chwili zbliżenia się nieprzyjaciela na skuteczną odległość. Po pewnym czasie Niemcy, pewni, że dwór został bez ochrony, rozwinęli się w tyralierę i zaczęli podchodzić. Niestety, mimo mojego zakazu otwarcia ognia, jeden z żołnierzy nie wytrzymał nerwowo i z odległości stu metrów puścił serię z karabinu maszynowego. Rozpocząłem więc ogień całym oddziałem, przyduszając Niemców do ziemi i zmuszając ich do odwrotu.
[…] Niemcy jeszcze dwukrotnie próbowali atakować, jednak ciągle na skutek naszego silnego ognia wracali na skraj lasu. Po pewnym czasie nastąpiła kompletna cisza. Tylko na zapleczu Niemców słychać było krótkie serie karabinów maszynowych. W tym czasie przybył do mnie goniec od dowódcy pułku z wiadomością, że mogę się wycofać z oddziałem w kierunku Radkowa. Galopem, między stawami, dotarliśmy do sztabu dywizji. Nigdy w życiu nie zapomnę tego, co zobaczyłem po przybyciu do sztabu. Zrozumiałem, dlaczego Niemcy zaprzestali natarcia na majątek Krzepin i nagle przerwali ogień. Otóż w czasie, kiedy ja trzykrotnie odrzucałem Niemców od dworu w Krzepinie, kompania kpt. Floriana Budniaka «Andrzeja», stacjonująca we wsi Krzepin, wyszła na tyły nacierających na mnie Niemców i po krótkiej walce wzięła do niewoli cały ich odwód. Zdobycz była niemała: 99 Niemców, l kałmuk, 16 koni wierzchowych z rzędem i moździerz 81 mm, 12 rkm, 36 pistoletów maszynowych, 30 kb oraz dwa wozy amunicji.
[…] Byłem świadkiem, jak dowódca pułku mjr «Roztoka» zdawał raport z przebiegu akcji płk. «Krukowi», zastępcy dowódcy okręgu (nazywał się Nakoniecznikoff–Klukowski, był cichociemnym). Stwierdziłem, że gdybym nie widział tego na własne oczy, to nigdy bym nie uwierzył, że tak słabo uzbrojony polski partyzant może zwyciężyć tak świetnie uzbrojonego żołnierza niemieckiego.

[…] Trzeba było zobaczyć tych butnych, stojących w dwuszeregu Niemców na leśnej drodze, pokornie patrzących na mjr. «Roztokę» i na mnie, kiedy przechodząc przed nimi, wyciągnęliśmy z dwuszeregu esesmanów, żandarmów i Ukraińców skazanych na rozstrzelanie. Wyciągnęliśmy dwunastu, z tego rozstrzelano jedenastu, a jednemu udało się uciec. Niestety, nie było wśród nich «krwawego Julka», żandarma z Włoszczowy, oprawcy Polaków, nad którym od dawna wisiał wyrok śmierci. Resztę Niemców puściliśmy wolno, przeprowadzając ich przez linię naszych ubezpieczeń. Jak dowiedzieliśmy się później, uwolnieni Niemcy natknęli się na swoje ubezpieczenie, które nie zorientowawszy się, że to byli Niemcy, otworzyło ogień do swoich, zabijając dziewięciu z nich.
[…] Po dalszych walkach pod Kosowem i Lipnem otrzymałem polecenie przetransportowania zastępcy dowódcy okręgu AK płk. «Kruka» do majątku Raszków w powiecie jędrzejowskim.
[…] W grudniu 1944 roku, kiedy nadchodziły wojska sowieckie, otrzymałem rozkaz «rozmelinowania» oddziału. Broń została zabezpieczona i przechowana w bunkrach na terenie mojej leśniczówki. Konie rozdałem okolicznym chłopom i majątkom.

[…] Wróciłem do Czarnego Lasu. Tu znaleźli mnie «rodacy» z Armii Ludowej i aresztowali. Po długich perypetiach oddałem im część mojego uzbrojenia i zostałem zwolniony. «Doradzili» mi jednocześnie, abym zniknął z tego terenu, gdyż nadchodzą wojska sowieckie, które nie tak łagodnie rozliczą się ze mną. Pojechałem do Radomska, do rodziców. Tam po raz drugi zostałem aresztowany przez UB. Uciekłem im jednak z transportu, ale straciłem wszystkie dokumenty. Ukrywałem się przez trzy miesiące w bunkrze zbudowanym w stodole u Ludwika Zapory w Radomsku. Następnie nawiązałem kontakt z moim kolegą, kpt. «Warszycem», który załatwił mi dowód osobisty na nazwisko Marian Baryła.
[…] Wyjechałem do woj. olsztyńskiego, szukając pracy w zawodzie leśnika. Dostałem się do nadleśnictwa Miłomłyn. Pracowałem tam jako leśniczy pod zmienionym nazwiskiem. W kwietniu 1947 r. skorzystałem z amnestii i ujawniłem się w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Warszawie. Otrzymałem dokument na autentyczne nazwisko Marian Nitecki oraz zaświadczenie, że uczyniłem zadość warunkom amnestii i skorzystam z niej.

[…] Po ujawnieniu się kilkakrotnie byłem aresztowany z różnych powodów: referendum, wyborów, rzekomego napadu na kasjerkę, zatrzymania się w mojej leśniczówce mjr. «Łupaszki», który przedzierał się na Pomorze z trzydziestoma ludźmi, zatrudnienia w moim leśnictwie przez osiem miesięcy syna gen. Stempkowskiego, który był ścigany listem gończym za działalność partyzancką na terenie powiatu Miechów, a potem aresztowany i skazany na karę śmierci. W sumie byłem aresztowany trzynaście razy – wszak w oczach ówczesnej władzy, zwanej ludową, ciągle byłem bandytą. Jakoś przeżyłem to wszystko, ale miałem zawsze «haczyk» w życiorysie, który uniemożliwiał mi awansowanie w pracy.”
Marian Nitecki przez skromność nie powiedział, że za bohaterskie czyny bojowe został odznaczony Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari V kl., dwukrotnie Krzyżem Walecznych i wieloma innymi odznaczeniami.
Nie mówił, że obecnie ma stopień płk. Wojska Polskiego, którą to nominację wręczył mu w dniu Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia 2002 roku szef Sztabu Generalnego WP gen. broni Czesław Piątas (czego nie spotyka się na tym szczeblu w awansach dla kombatantów). Niezależnie od wręczenia nominacji otrzymał również odznakę Sztabu Generalnego i stał się podopiecznym generała. Jak to określił generał:
„Jest Pan żywym symbolem i przekazem tradycji wojska z okresu przedwojennego dla obecnego pokolenia żołnierzy Wojska Polskiego – jest to uznanie zasługi przeszłości tej przedwojennej, wojennej i powojennej”.
Marian Nitecki odpowiedział:
„Panie generale jest to dla mnie wielki zaszczyt, ale również wyróżnienie dla moich byłych żołnierzy, którzy nie tylko walczyli, ale też cierpieli”.
Marian Nitecki obecnie jest jedynym żyjącym na świecie oficerem służby stałej l pułku szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego (żyje kilku oficerów rezerwy tego pułku) i to w szwadronie reprezentacyjnym WP przy Prezydencie RP. Z tego tytułu opiekuje się nim jako seniorem–weteranem I batalion kawalerii powietrznej w Leźnicy k. Łęczycy, noszący zaszczytne imię szwoleżerów. Jest również podopiecznym Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych jako senior – były leśniczy.
Przy różnych okazjach Marian Nitecki wraca pamięcią nie tylko do wspaniałych osiągnięć bojowych, ale również do ciernistej drogi, która trwała wiele lat.
W 2002 roku na zaproszenie szefa Sztabu Generalnego WP gen. broni Czesława Piątasa przybył Marian Nitecki, który otrzymał nominację na kolejny stopień – pułkownika Wojska Polskiego. W spotkaniu brał udział b. minister ds. kombatantów Zbigniew Zieliński.

«***»
Opracowanie Z. Wiśniewski 14 września 2008 r.

Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.