IMIENIŃSKI WIDZIANY INACZEJ, ORAZ TROCHĘ HISTORII RADOMSKA, KTÓRĄ NIE ZAWSZE ZNAMY.

Motto:

„Naród bez dziejów, bez historii, bez przeszłości, staje się wkrótce narodem bez ziemi, narodem bezdomnym, bez przyszłości. Naród, który nie wierzy w wielkość i nie chce ludzi wielkich, kończy się.”

prymas Stefan Wyszyński


Dziennikarz jednej z gazet ukazujących się w Radomsku, podpisujący się inicjałami IS, wyrzucił z siebie słowa potępienia, z powodu zorganizowania w pubie Noworadomsk, wystawy obrazów Stanisława Imienińskiego.

Powołując się na opinie bliżej nieokreślonych osób, wykazuje w swoim artykule, nieodpowiedniość miejsca ekspozycji obrazów, uwłaczaniu godności artysty Imienińskiego oraz zarzuca sprawy techniczne związane z ekspozyturą świetlną – wg mnie, pan IS pisze po prostu dyrdymały o wystawie, której nigdy nie widział na oczy. Dowodem na to, że (pan IS) tej wystawy nie widział, są świadkowie tego wydarzenia, oraz fotografia zamieszczona w gazecie / Dz. Ł – z dn. 2 luty 2006/, która jest fotką z zupełnie innego wydarzenia. I po co te manipulacje panie IS? W czyim imieniu pan działa?! Myślę, że nie w imieniu swojego niematerialnego bytu... a może zapyta pan, (panie IS) samego artysty Imienińskiego, czy taki sposób wystawiania obrazów mu odpowiada. Ja go pytałem, i otrzymałem odpowiedź takiej treści: „ Pan IS niech się zajmie sprawami, o których ma jakiekolwiek pojęcie, a nie manipuluje moim nazwiskiem w niecnych celach – ja najlepiej wiem i ja decyduje o tym, gdzie chcę wystawiać swoje obrazy.”

Byłem na tamtej wystawie, tak jak przyszedłem potem na tą drugą, pt. „AKTY” – niestety pana IS znów nie widziałem. Kiedyś prymas Stefan Wyszyński powiedział: „Kainów w Polsce więcej być nie może. Polsce potrzebny jest każdy człowiek – od noworodka w kołysce do starca na rencie”. Dlatego wszystkim ludziom złej woli, pragnącym wykorzystać kulturę, do nieznanych mi jeszcze bliżej partykularnych interesów, mówię NIE. Skoro nic nie potraficie w tym zadaniu sami zrobić, nie przeszkadzajcie tym, co społecznie, kosztem swojego prywatnego czasu, promują rozwój kultury.

Obiecałem Czytelnikom w poprzednim liście, relacje z wystawy, więc teraz, szybko łapię za pióro. O mistrzu Stanisławie napisano tysiące ciepłych słów, znany jest jego życiorys, wielość wystaw i nagród jakie na nich otrzymywał. Ja chciałem Stanisława zobaczyć od innej strony – Stasia zwyczajnego, cieszącego się sprawami przyziemnymi, borykającego się z problemami dnia codziennego. Myślę, że to mi się udało, ale wracajmy do wystawy jego aktów.

Zaproszenie na wieczór do pubu NOWORADOMSK, od Grupy Trzymającej Piwo, otrzymałem kilka dni wcześniej, bez gwarancji rezerwacji miejsca. Pomny doświadczeń z innych takich imprez, pojawiłem się godzinę przed czasem i... dobrze zrobiłem. W drzwiach powitał mnie osobiście pan Stanisław i dzięki temu mogłem zobaczyć maestro nieskrępowanego tremą, jaką nadaje człowiekowi spotkanie z wielką ilością osób. Pierwszy kontakt ze Stanisławem wskazał, że mam do czynienia z kilkunastoletnim zakochanym w malarstwie chłopcem, a jego siwe włosy i broda stanowią tylko element charakteryzacji, pod potrzeby dzisiejszej wystawy. Stanisław odsłonił swoją szczerą i wrażliwą duszę, nieodporną na ból i krzywdę ludzką. Pokazał, że trudności i tragedie dotykające każdego z nas, nie są mu obce, że też musi wkładać w życie wiele wysiłku, by je pokonywać.

Godz. 1900 sala wypełniona po brzegi, a ludzie ciągle dochodzą. Wreszcie kilka minut po 1900 pan Krzysztof Zygma, ze wspaniała swadą – tak jak to zawsze czyni – otwiera wystawę. Wita zaproszonych i niezaproszonych gości, szczególnie wyróżnia przybyłego na nią, częstochowskiego artystę plastyka Rzeźnika, wita przedstawicieli licznie zgromadzonych mediów – w końcu zabiera głos główny bohater. Spotkanie z obrazami Imienińskiego ma niekonwencjonalny przebieg. Okazuje się, że obrazy nie posiadają pod spodem tytułów i to właśnie obowiązkiem publiczności, będzie przyporządkowanie tytułów odpowiednim obrazom. Wpadka była tylko jedna, ale pan Stanisław tak sprytnie naprowadził zgadującego, że rozbawiona sala przyjęła to gromkimi oklaskami. Naprawdę wspaniała zabawa, w bezpośrednim kontakcie z obrazem i jego twórcą. Potem było spotkanie z piosenką w wykonaniu Karola i Łukasza, z zespołu KWIATY W ARMACIE i ku zaskoczeniu wszystkich – krótki, ale wspaniały występ muzyczny samego Prezesa Grupy Trzymającej Piwo. Zabawa w otoczeniu cudownych aktów trwała do... a był to tłusty czwartek. A ja tam byłem, miód i mleko piłem... a ten co nie był niech żałuje. Jedno, o co chciałbym poprosić Grupę – panowie więcej takich imprez!

Podczas prywatnych spotkań, często dyskusje schodzą na temat historii naszego grodu. Wielu radomszczan zna historię naszego miasta w sposób bardzo ogólny, ale kiedy przychodzi do rozmowy o szczegółach, czy ciekawostkach, wszyscy otwierają oczy z niewiedzy.

Ostatnie moje prywatne spotkanie, także dotykało wątku historycznego. Zadałem wtedy pytanie przyjaciołom: – „a co powiecie o radomszczańskim zamku?” Zaskoczenie było totalne. Oczywiście wszyscy słyszeli o innych zamkach i pałacach zlokalizowanych na dzisiejszych terenach powiatu radomszczańskiego – ale żeby był zamek w Radomsku?! Nie. Tego nikt nie słyszał.

Nasze miasto miało jednak swój zamek i to zamek który odgrywał bardzo ważną role w systemie obronnym Polski – zamek który znajdował się w rejestrze placówek królewskich.

Mimo, że Radomsko otrzymało prawa miejskie w 1266 roku, to pierwsze wzmianki o istnieniu zamku /a właściwie grodu obronnego/, pochodzą z roku 1243. Bardzo istotnym jest, że obiekt ten, spełniał bardzo ważna role w systemie obronnym kraju, znajdował się pod opieka królewską i był doglądany przez królewskich lustratorów.

Budowa zamku /obronnego grodu/ została zlokalizowana nad rzeka Radomką. Po to by zwiększyć jego walory obronne, usypano kopiec /stąd późniejsza nazwa/ o średnicy ok. 30 metrów. Zamek posiadał potrójny system utwardzenia, składający się z wału ziemnego i drewnianych palisad oraz rusztów drewnianych, umieszczonych w skrzyniach zwanych izbicami. Wewnątrz zamku mieściła się trzykondygnacyjna wieża oraz budynki gospodarcze. W centralnym jego punkcie znajdowała się studnia. W wieży na dole mieściły się 2 spiżarnie, wyżej sień, izba i niewielka komnata, a na najwyższym poziomie „sala wielka”. Historycy przypuszczają, że w „wielkiej sali” odbywały się Jagiełłowe sądy in curia, czyli sądy, podczas których król samodzielnie rozpatrywał najtrudniejsze sprawy.

Upadek zamku, zwanego popularnie „wieżą na kopcu”, zaczyna się za panowania ostatniego z Jagiellonów – Zygmunta II Augusta. Jagiellońska polityka parcia na wschód, spowodowała, że zaczęto uważać centrum kraju za zupełnie bezpieczne, a wszelkie działania wojskowe i obronne zostały skierowane w stronę wschodniego pogranicza.

Ostatni dokument pisany na temat zamku, pochodzi z roku 1565 i odnotowuje on przybycie lustratorów, którzy dokonują jego ostatniego przeglądu. Lustracje przeprowadzane w roku 1632 i 1682, o wieży na kopcu już nie wspominają. Zamek w tych czasach, zaczął popadać w ruinę i był rozkradany przez okolicznych mieszkańców. Całkowitego upadku doznaje on w czasie, kiedy należał do właścicieli i dzierżawców dworu Bartodzieje. Niektóre zapiski historyczne, wspominają jeszcze o zamku położonym na północ od miasta, a na południe od wspomnianego dworu. W trakcie kolejnych rozbiórek, wał zabezpieczający od strony rzeki został uszkodzony, przez co wszystko zostało zalane Radomką. Wtedy właśnie powstaje nowa nazwa – „okop na błotach”.

Słynny archeolog Piotr Wawrzyniecki jeszcze w 1910 roku opisuje pozostałości po istniejącym zamku. Całkowita dewastacja /rozbiórka/ następuje w czasie I wojny światowej – powodują ją okoliczni mieszkańcy, za zgoda właścicieli tego obiektu. Jak podają źródła, ostatnią część gruzu wywieziono w 1918 roku. Jednak jeszcze w okresie międzywojennym, na mapach sztabowych, zaznaczone jest sztuczne wzniesienie Kopiec. Ostatni ślad tego wzniesienia znika po II wojnie światowej. Podczas budowy szkolnych internatów, teren zostaje zniwelowany z poziomem ulicy, a sama nazwa Kopiec ustępuje miejsca Hance Sawickiej – tak ginie ostatni ślad po istnieniu zamku w naszym mieście.

Jako ciekawostkę mogę jeszcze podać, że przekazy ustne mówią, że zamek połączony był tunelem z Klasztorem oo. Franciszkanów, a trasa jego biegła przez obecne tereny Metalurgii.

Teraz jakem Kosur–anonim starym zwyczajem wyciągam ze swojego sztambucha jeden z moich wierszy:

Radomsko nocą

lubię swoje miasto wtulone w ramiona hypnosa
pachnie wtedy transparentnie
uśpionymi sumieniami mieszkańców
verbo, non re

wysypisko uporządkowanych zdarzeń zostało poza
ustępując miejsca ambiwalencji
introwersyjnych przeżyć

spacerując przemokniętymi nocnym deszczem uliczkami
zbieram ukradkiem wypadające z okien sny

po drugiej stronie ulicy przemknął cień kota
zawieszony na skrzydłach ikelos’a i phantasos’a
próbując się wtopić w milczące otoczenie

jutro będzie nowy dzień
czy będą szukać swojego morfeusza



*Hypnos – w mitologii greckiej i rzymskiej, imię bóstwa – uosobienia snu
*verbo, non re łac. – na pozór, nie w rzeczywistości.
*introwersja – skłonność do zamykania się w sobie
*Morfeusz – w mitologii greckiej, skrzydlaty syn Hypnosa – zsyłał wizje i marzenia senne
*Ikelos i Phantasos zsyłali sny o zwierzętach i przedmiotach

KOSUR-anonim
23.02.2006

Tekst publikowany w Tygodniku „Komi i Czemu” nr 10 (368) z dnia 8–14 marca 2006 r.
dane Autora do wiadomości Redakcji SERWISU

Powrót – Back


Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.