Wiosną 2005 roku Związek Polaków „Rodzina” z m. Omska otrzymał propozycję wzięcia udziału w XIV Międzynarodowym Festiwalu Poezji M. Konopnickiej, znanej polskiej poetki, której twórczość jest szczególnie bliska potomkom Polaków rozsianych po różnych stronach świata. I oto w sierpniu tegoż roku dziecięca grupa artystyczna studia „Liberow–Centr”, wraz z wychowawcami i nauczycielami odbyła daleką podróż z Syberii do Przedborza, aby zdobyć nowe doświadczenia artystyczne. Młodzi wykonawcy przywieźli ze sobą nie tylko wiersze i pieśni, ale również wystawę grafiki komputerowej: ponad 30 ilustracji do wierszy Marii Konopnickiej.
Uwadze czytelników polecamy notatki z podróży na festiwal, maleńkie szkice z natury, stworzone przez uczestniczkę tych wydarzeń.

OBRAZKI Z POLSKIEGO
ALBUMU


Każda podróż wzbogaca nas o wiele więcej niż wydaje się to nam na początku. Z latami zapominamy o rzeczach oficjalnych, tracą swe znaczenie ważne sprawy, będące powodem tej czy innej podróży, to, co pozostaje na zawsze świeże i ważne, to spotkania z nowymi przyjaciółmi, poznanie nowych miast i krajów.
Z czasem poprzez zewnętrzne wydarzenia powoli zaczyna przenikać rzeczywisty sens przemian, niezmiennie zachodzących w duszy człowieka po spotkaniu z czymś zupełnie nowym. I wówczas nieoczekiwanie powracają do nas nagle słowa i sytuacje, wydające się nam nieistotnymi, drobnymi, a których znaczenie dociera do nas dopiero po powrocie do domu.

Obrazek pierwszy

AKORDEON

PORANEK. Ledwie zauważalne w porannej mgle rozmyte figurki ludzkie krzątają się po peronie. Zbliżając się, przybierają o wiele wyrazistsze kontury, i wkrótce można zauważyć znajome twarze z radosnymi oczami i uśmiechem na ustach. Jedziemy do Polski!
Na peronie obok naszego wagonu leży olbrzymia czarna waliza przypominająca kształtem wielki sześcian.
– Co to takiego?
– Akordeon. Czy nie moglibyście zabrać go ze sobą? Należy do mojego męża. Będzie na niego czekał na dworcu w Warszawie.
– Co? To coś? Mamy wziąć z sobą? A jeśli nikt nie pojawi się na dworcu – będziemy musieli wozić ze sobą po całej Polsce taką walizę? Nie, nie.
– Bardzo proszę, weźcie. Nie będziecie musieli go nigdzie ze sobą taszczyć. Zaraz włożymy go do wagonu, a w Warszawie na pewno ktoś się zgłosi po niego.
– A przez granicę? Celnicy mogą nas nie przepuścić, jeszcze będziemy musieli za niego słono płacić.
– Nie będzie żadnych problemów, już woziliśmy w ten sposób instrument w zeszłym roku. Bardzo proszę…
W łagodnym spojrzeniu kobiety widać było miłość i życzliwość. Jej spokój i głęboka wiara w ludzką dobroć i zrozumienie, pokonują nasze zdenerwowanie przed czekającą nas wielką podróżą.
– Dobrze, weźmiemy, – z westchnieniem zgadza się w końcu Ludmiła Aleksandrowna, kierowniczka naszej grupy…
– Ale jeśli na dworcu nikt się nie pojawi, zostawimy go na peronie w Warszawie.
– Dziękuję bardzo! – wesołe iskierki wdzięczności zabłysły w głębinie błyszczących brązowych oczu.
akordeon
GŁĘBOKA CIEMNA NOC. Przygaszone światło lamp na korytarzu ledwie oświetla wnętrze przedziału. Oczekiwanie i cisza, przerywana jedynie przez lekkie posapywanie za ścianą. Zmęczone wrażeniami dnia dzieci, spokojnie śpią, nie zdając sobie sprawy, że pociąg stoi już na granicy. I wydaje się, że czas także się zatrzymał na skraju snu i jawy.
Nagle w półmrok przedziału wdziera się bezszelestnie ogromny pies, na chwilę zamiera, potężnymi nozdrzami głęboko wciąga w siebie powietrze, i nie zwracając uwagi na przestraszone ruchy i głosy, po minucie znika na korytarzu. Równie nieoczekiwanie wyrasta przed nami figura żołnierza straży granicznej, którego pojawieniu się nie towarzyszy ani trzask drzwi, ani stukot kroków. Czary jakieś! W milczeniu ogląda nasze dokumenty, uważnym spojrzeniem omiata całe pomieszczenie. Podnoszę oczy i podążam w ślad za jego spojrzeniem i, o Boże! Zauważam na górnej półce ogromną czarną walizę. Akordeon! Zapomniany przez nas leży spokojnie w ciemnym kącie nie zapisany w ani jednej deklaracji celnej… Moje pospieszne modlitwy, odnoszą jednak skutek: celnik życzy nam szczęśliwej drogi, zwraca nam dokumenty i znika za drzwiami.
Gwałtownym ruchem wagon rusza z miejsca. Pociąg nabiera prędkości. Za oknem wciąż ta sama ciemność, te same smutne kształty krzaków, z rzadka pojawiające się w świetle przydrożnych lamp. Czy to koniec? Czy już jesteśmy w Polsce? Czarną pustką niewzruszenie spogląda na mnie z góry akordeon.

I ZNÓW PORANEK. Za nami pierwsze wrażenia po spotkaniu z Polską kiedy to przyklejeni do okien wagonu, wszyscy razem próbujemy przeniknąć poranną mgłę i obejrzeć kryjące się w niej kształty i detale. Pociąg spowalnia bieg i zbliżamy się na spotkanie stolicy.
Na peronie naszą grupę wita pan Jerzy, nasz polski przyjaciel z Sandomierza, niewielkiego miasteczka, gdzie spędzimy kilka dni przed festiwalem. Obok jego nie wysokiej figury, stoi barczysty, ogromny mężczyzna z szarymi oczami i ciemno–blond włosami; z odkrytym wysokim czołem – wydaje się nam po prostu gigantem. Uśmiechając się szeroko, wyciąga rękę do kierowniczki naszej grupy.
– Dziękuję bardzo za akordeon! – lekko zauważalny akcent, nie umniejszał naszej radości z odkrycia: olbrzym mówił po rosyjsku…
– Żona prosiła pomóc Państwu, jeśli tylko będzie można…
– Pomoc?
Popatrzyłam na Ludmiłę Aleksandrowną, w jej oczach zobaczyłam tę samą myśl. Tak się złożyło, że tym razem nikt w naszej grupie nie mówił dobrze po polsku, przez trzy dni w czasie naszej podróży zastanawialiśmy się, jak będziemy porozumiewać się w czasie zaplanowanych spotkań i rozmów. A tu przed nami stał Polak, ze swobodą mówiący po rosyjsku i proponujący nam pomoc. To jak podarek od losu.
Bagażnik samochodu pana Jerzego po brzegi wypełniony został przez nasze walizki, a nasza grupa z wielkim trudem pomieściła się wewnątrz auta. W przejściu, pomiędzy tylnym siedzeniem a drzwiami, pozostało akurat tyle miejsca, aby wszedł tam czarny wielki pakunek, dostatecznie mocny, by mógł na nim usiąść jeszcze jeden człowiek: nasz nowy niespodziewany przyjaciel, muzyk i tłumacz, którego obecność pomogła nam potem rozwiązać niejeden ważki problem. I wiele razy w czasie naszej wizyty w Polsce z wdzięcznością wspominaliśmy ranek w Omsku i uśmiechającą się do nas kobietę, z życzliwością machającą ręką w ślad za odjeżdżającym pociągiem.
DZIĘKUJEMY CI, AKORDEONIE!
Marina Sawiłowa – Wysocka


Tekst publikowany był w czasopiśmie „Witaj, Polsko” w Omsku którego dziennikarką jest Marina.
Doskonałe profesjonalne tłumaczenie – Agnieszka Grzelak.
(Z.W.)

Nadesłane fotografie z opisywanej podróży.

POWRÓT – BACK


Copyright © 2000 Zdzisław Wiśniewski Wszelkie prawa zastrzeżone.