Powrót – Back

Stanisław Różewicz w Radomsku

Stanisław i Tadeusz Różewiczowie to najbardziej wybitne postacie współczesnego życia kulturalnego pochodzące z Radomska. Jeden z braci, Stanisław, w piątek 9 listopada 2007 roku odwiedził rodzinne miasto by porozmawiać ze swoimi sympatykami. Spotkaniu z reżyserem towarzyszył pokaz jego filmów „Gdzie zabawki z tamtych lat” i „Nasz starszy brat”. Wieczór, rozpoczął się o godz. 1700 w centrum „Fabryka snów” przy ul. Kościuszki 4. Dzień wcześniej, 8 listopada, w tym samym miejscu odbył się pokaz innych filmów reżysera „Kinema” i „Żywe obrazy”.
Mam okazję i wielką przyjemność spotykać w Radomsku Pana Stanisława od kilku lat. Wprawdzie dzieli nas kilkunastoletnia różnica w datach urodzin, ale wyraźnie czuję nić sympatii, jaka się między nami narodziła. Wydaje mi się, że ten bardzo skromny, nieco zamknięty w sobie i niezwykle sympatyczny Człowiek chciał coś radomszczanom powiedzieć, coś przekazać, jakby coś rozliczyć tym doborem prezentowanych na spotkaniu filmów. Jako nierodowity radomszczanin z pewnością inaczej postrzegam wiele dziejących się wokół mnie radomszczańskich wydarzeń i dlatego nie mogę pozbyć się tego wewnętrznego odczucia po ostatnim spotkaniu. W czasie projekcji filmu „Gdzie zabawki z tamtych lat” czułem jakbym tam był, bo także biegałem z fajerką na wygiętym pogrzebaczu i z zazdrością patrzyłem na tych, co mieli obręcz rowerową znalezioną na jakimś poniemieckim śmietniku. „Nasz starszy brat” to chyba pierwsze przypomnienie radomszczanom sylwetki najstarszego z Różewiczów - Janusza. Janusz Różewicz ur. w 1918 r. to mało znany poeta, prozaik, który nie miał szansy w pełni rozwinąć swego talentu. W czasie drugiej wojny światowej pracował w wywiadzie Armii Krajowej (łódzkiego Oddziału II) w kraju i w Niemczech, ppor. Janusz Różewicz ps. Gustaw został zamordowany przez Niemców na cmentarzu żydowskim w Łodzi 7 listopada 1944 roku po wsypie łódzkiej organizacji. Dziś nasze pokolenie ma pełną świadomość faktu, iż hitlerowcy tylko byli pierwsi w dopadnięciu takich działaczy. Szanse na przeżycie w następnych latach i narzuconej rzeczywistości były nikłe. Takie przesłanie także niósł ten film. Gorąco wierzę, że ze Stanisławem Różewiczem spotkamy się jeszcze wiele razy i mam nadzieję na najbliższe z okazji 84 urodzin w sierpniu 2008 roku, bo z pewnością władze samorządowe i mieszkańcy Radomska nie zapomną o tej ważnej dla miasta dacie.

Z.Wiśniewski.

Stanisław Różewicz

Podobny do swoich filmów

Stanisław Różewicz

Stanisław Różewicz (z prawej) i autor opracowania Zdzisław Wiśniewski (foto archiwum)

Stanisław Różewicz we współczesnym, zagonionym świecie jest trochę człowiekiem z innego czasu. Przyciszony, skupiony, zatopiony w literackiej tradycji, ale przecież jednocześnie z przenikliwością obserwujący wszystko, co dzieje się wokół.
Jego życiorys i filmografię można znaleźć w każdej encyklopedii kina. Ale w tych suchych notkach nikt nie wyczyta, jak ważny jest dla wielu ludzi ten starszy, siwy pan o niepozornej posturze. W czasach, gdy po różnych wartościach zostały tylko ruiny, Stanisław Różewicz jest prawdziwym moralnym autorytetem dla filmowego środowiska. Skromny, uczciwy, niegarnący się do zaszczytów i pieniędzy. Artysta potrafiący oddać na ekranie subtelne klimaty i nastroje.
Dzisiaj Stanisław Różewicz żyje trochę na uboczu. Ale jakaż wielka radość wybuchła w 2001 roku, gdy organizatorzy Polskiej Nagrody Filmowej ogłosili, że to właśnie on dostał nagrodę za całokształt twórczości.
W historii naszej kinematografii zapisał się jako założyciel zespołu „Tor”. Pod jego skrzydłami wyrośli i dojrzeli reżyserzy tacy, jak Krzysztof Zanussi, Edward Żebrowski, Wojciech Marczewski, Antoni Krauze. To tutaj narodził się jako fabularzysta Krzysztof Kieślowski, zaczynał Filip Bajon.

Jeden z dawnych współpracowników Stanisława Różewicza, Antoni Krauze, twierdzi: – Jest pewien klucz do osobowości Różewicza. Jego kino jest powściągliwe, „nie rzuca się w oczy”. On sam jest podobny. Nie interesują go ludzie krzykliwi i silni. W czym innym szuka wartości. Ale jednocześnie jest człowiekiem o mocnym charakterze. I mocnego charakteru wymagał od swoich pracowników. Przecież większość filmów, które powstały w tym pierwszym okresie „Toru”, miało swoje skomplikowane losy. Więc do „Toru” trzeba było wnieść pewien hart.
W czasach ogromnej władzy, jaką mieli szefowie zespołów, Różewicz radził, ale nie narzucał nikomu własnego zdania. I odważnie bronił produkowanych w „Torze” filmów. Należał do partii, ale nie wykorzystywał tego, by antyszambrować pod drzwiami notabli, prosząc o przydział mieszkania czy kupon na samochód. Do dzisiaj mieszka w skromnym bloku za Żelazną Bramą i jeździ tramwajami. Chodził do KC po to, by walczyć o filmy kolegów. I zazwyczaj się udawało. W 1982 roku oddał legitymację partyjną. W swoim stylu. Cicho, bez rozgłosu.
Starsi twórcy wspominają kanapę w „Torze”, na której siadało się i gadało godzinami. O nowych książkach, o sztuce, polityce, życiu. O projektach swoich i kolegów. Dzisiaj młodzi mogą tylko o takiej atmosferze pomarzyć…
Stanisław Różewicz to także ciekawy artysta. Jego filmy, nawet te najwcześniejsze, niemal się nie zestarzały. Może dlatego, że nigdy nie ulegał modom i trendom. Miał własny charakter pisma. Nie wpisał się w szkołę polską ani w kino moralnego niepokoju, choć rozliczał się z wojenną przeszłością i opowiadał o rozterkach ludzi, którym przyszło dokonywać ważnych życiowych wyborów. Jego obrazy – zazwyczaj wyciszone, złożone z niuansów i detali, do dzisiaj przejmują prawdą i wnikliwością obserwacji.

Różewicz nosi w sobie doświadczenia XX wieku. Przede wszystkim to najważniejsze dla jego pokolenia – wojenne. W filmach bardzo często wracał motyw wojny – raz tej bohaterskiej, epickiej, niemal dokumentalnie opowiedzianej jak w „Wolnym mieście” czy „Westerplatte”, innym znów razem bardzo kameralnej i osobistej, widzianej przez pryzmat dzieci ze „Świadectwa urodzenia” czy bohaterów „Rysia”.
Różewicz pokazywał piętno, jakie wojna zostawiła w psychice ludzi: samotnych „Trzech kobiet”, które wyszły z obozu i usiłują odbudować swoje życie, czy chłopaka, który w „Opadły liście z drzew” dwa lata po wojnie jedzie pociągiem nad morze, by spełnić marzenie z czasów partyzantki. Marzenie swoje i tych, co nie przeżyli.
Potrafił też Różewicz kreślić subtelne portrety ludzi jak w „Samotności we dwoje”, w przejmującej opowieści o dramacie matki i córki „Drzwi w murze” czy współczesnej „Kobiecie w kapeluszu”, osadzonej w środowisku teatralnym.
Kino Różewicza rodziło się z rozmów, z wchłaniania życia wokół. Ale także, a może przede wszystkim, z lektur. Stanisław Różewicz, brat poety Tadeusza Różewicza, zawsze miał bliskie kontakty ze środowiskiem literackim. Pracował z bratem, ekranizował też powieści i nowele Kornela Filipowicza, Jana Józefa Szczepańskiego, Karola Ludwika Konińskiego, Witolda Zalewskiego, Jarosława Iwaszkiewicza. Dzisiaj filmowcy o tych pisarzach niemal zapomnieli, inspiracji szukają u Sienkiewicza, Pilcha czy Masłowskiej. Swój ostatni film, „Nocnego gościa”, Różewicz nakręcił w 1989 roku.
Są ludzie, którzy nie bardzo odnajdują się w dzisiejszych czasach. Tadeusz Konwicki przestał pisać, mówi, że nie pasuje do świata, który nastał, że nie potrafi go zrozumieć. Stanisław Różewicz chce pracować. Wraca do teatru, reżyseruje spektakle w telewizji, czasem jeszcze marzy o tym, żeby stanąć za kamerą. Ale jak w drapieżnej rzeczywistości ma się przebić człowiek innej epoki?

Przed kilkoma laty złożył w TVP scenariusz filmu „Dziewczyna z wystawy”. Miał zacząć pracę – w ostatniej chwili telewizja publiczna wycofała się. Nie starczyło funduszy na skromny film, którego autor przyglądał się ludziom żyjącym w nowej polskiej obyczajowości. Udało mu się zrobić „Kinemę” – dokument o starym kinie w Radomsku, do którego chodził jako dziecko. Niedawno skończył 13–minutowy dokument „Wycieczka do Paryża” – o trzygodzinnym pobycie Hitlera w stolicy Francji i jego wizycie w Operze Paryskiej. – To monstrum zawsze będzie prześladowało moje pokolenie – mówi. Dotarł do niezwykłych materiałów archiwalnych, zrobił film niejednoznaczny, refleksyjny. A pieniądze na ten film ledwo udało się zdobyć. Smutne, że nie potrafimy słuchać takich ludzi – mądrych i niezwykłych. Są dziś potrzebni jak nigdy.
Bo co nam zostanie, jak odejdą? Gwiazdki telewizyjne opowiadające o tym, że rozwodzą się z mężem? Współcześni herosi z agencji reklamowych z rękami w kieszeniach i gumą do żucia w ustach? Didżeje z nocnych klubów? A może – „kurde” – bohaterowie „Big Brothera”?
95–letni Portugalczyk Manoel De Oliveira robi film za filmem, zachwyca świat filozoficzną opowieścią o kulturze, która przegrywa z nienawiścią i terroryzmem. My promujemy tylko silnych. Tych, którzy potrafią grać swoim nazwiskiem, zjednać sobie bank, narobić szumu w mediach. Zapominamy o tych, którzy wolą tworzyć w ciszy. A przecież na ogół to właśnie oni głębiej przeżywają świat.

Barbara Hollender Rzeczpospolita 16 lipca 2004

Tekst pochodzi ze strony www.teatry.ar.pl , powstał z okazji 80 urodzin Stanisława Różewicza. Przepraszam Autorkę za brak uzgodnienia i proszę o akceptację w imię społecznego dobra (Z.Wiśniewski).


Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski   wszelkie prawa zastrzeżone.