O przynajmniej 80 lat radomszczańscy uczniowie szkoły kierowanej przez F. Fabianiego wyprzedzili pierwsze udokumentowane amerykańskie happeningi. „Bitwa pod wiatrakami” była właśnie taką „zabawą w twórczość”, w której wymieszani aktorzy i widzowie, mówili i robili to, na co mieli ochotę, zgodnie z ustalonym tematem i ze świadomością uczestnictwa w grze.

Diewiętnastowieczny duch happeningu.

W 1928 roku obchodzono uroczyście w Radomsku 90 rocznicę urodzin Feliksa Fabianiego. Przemówieniom, akademiom, spotkaniom towarzyszyły liczne wypowiedzi byłych wychowanków dyrektora publikowane na łamach „Gazety Radomskowskiej”. We wspomnieniach członka komitetu obywatelskiego obchodów, na co dzień pełniącego funkcję skarbnika Społecznego Gimnazjum im. F. Fabianiego – Wacława Karmańskiego – znalazł się fragment zatytułowany „Bitwa pod wiatrakami” /„Gazeta Radomskowska” 1928, nr28; stąd pochodzą cytaty wykorzystane w tekście/ opisujący przygotowania i „zbrojne” starcie uczniów. Relacja Karmańskiego jest napisana niezwykle sugestywnie, z dużym wyczuciem dramatyzmu i sceniczności. To jakby mini scenariusz do odegranego wcześniej spektaklu.
Tematu dostarczyły chłopięce lektury: „Zamek krakowski” Walerego Rzewuskiego – trzytomowa powieść opublikowana w latach 1847–48 i „Bitwa pod Racławicami”, której autorstwa dotąd nie ustaliłam. Być może chodzi o „Bitwę racławicką” Teofila Lenartowicza, będącej ustępem z poematu napisanego w Paryżu w 1859 roku. Utwór ten inspirował późniejszych twórców sięgających po temat racławickiego starcia, min. autora najbardziej popularnego przez dziesięciolecia dramatu poruszającego tę tematykę – Władysława Ludwika Anczyca „Kościuszko pod Racławicami” z 1881 roku. Gdyby hipotezę z Anczycem uznać za właściwy trop, opisywane wydarzenie musiałoby mieć miejsce po tymże 1881 roku. Ale to tylko hipoteza. Pewną natomiast informacją jest lokalizacja szkoły przy ulicy Długiej /obecnej Fabianiego/, która mieściła się tam od 1872 roku po pożarze szkoły przy ulicy Żabiej /obecna Żeromskiego/. A wiek szkolny jednego z uczestników spektaklu, syna powstańca styczniowego, może przesunąć datę 1881 o kilka lat wstecz.
Lektury podziałały na chłopców niezwykle inspirująco: „Sceny pełne dawnego życia, animuszu wojennego rozpaliły naszą wyobraźnię …dusze zagrały uczuciami bohaterskimi… powiał nad nami sztandar cichego , lecz namiętnego buntu i… nieprzyjacielowi wypowiedzieliśmy wojnę.
Zawrzała praca przygotowawcza. Siostrzyczki [opiekujące się uczniami w internacieVBAS] wtajemniczone pod przysięgą , mozolnie szyły chorągiewki i sztandar z Orłem Białym . Broń – drewniane szabelki , kopie i tarcze robione od szeregu tygodni w najgłębszej tajemnicy , z bijącym zapałem sercami…”.
Wiele elementów tego wydarzenia miało obok realnego także znaczenie symboliczne . Nawet ważniejsze niż to zakorzenione w rzeczywistości . Tak było z wyborem dowódców dwóch wrogich oddziałów i pola bitwy . „Hufiec polski pod sztandarem Orła Białego prowadził do boju Włodek Szalay [syn węgierskiego doktora–powstańca –BAS], a rosyjskimi siłami dowodził Sasza Szprigmil, syn doktora wojskowego, Rosjanina”. Akcja „Zamku krakowskiego” rozgrywa się w czasach Stefana Batorego – potomek Węgra zajął więc miejsce węgierskiego dowódcy. /Może to być przykładem jeszcze jednej – tym razem umownej – walki Polaków i Węgrów przeciwko wspólnemu wrogowi./Rosyjskie korzenie Saszy sprzyjały otrzymaniu przez niego drugiej z głównych ról. Wyborom tym nie towarzyszyły zapewne niechęci i animozje. Pochodzenie wyznaczyło role i w pewnym stopniu wskazywało zwycięzcę. Przerwana nie w porę akcja, laur przyznała przegranemu, ale nie uprzedzajmy faktów.
„Oba wojska stanęły w wąwozach pod wiatrakami, do dziś stojącymi [a więc przez przynajmniej 50 lat –BAS] na błoniach radomskowskich po stronie cmentarza”. Z nieokreślonej ilości wiatraków fotografia uwieczniła tylko jeden. Ale i tak daje on nam wyobrażenie pola walki, podobnego do tego, na którym Don Kichote stoczył słynną bitwę z wiatrakami / pole ze znajdującymi się na nim trzydziestoma lub czterdziestoma wiatrakami o długich ramionach /. Mimo różnicy w skali ważności problemu, wyobraźnia bardzo łatwo łączy realia z literacką fikcją, a zakończenie zarówno w jednej jak i drugiej rzeczywistości było podobne.
„Szeregi polskie uzbrojone w owe drewniane szable, kopie i tarcze, zdobne narodowymi chorągiewkami – pod sztandarem Orła Białego, zaśpiewały pierwszą strofę pieśni rycerskiej „Bogarodzico” i runęły na nieprzyjaciela, który z dzikim rykiem „Hurra, hurra” nie pozostał w tyle. Walczono mężnie już dość długo – z obu stron byli już ranni, jeńcy – bohaterskie dzieciaki dotrzymywały dzielnie placu, podnieceni okrzykami dowódców.
„Orzeł Biały” brał już górę – już parto nieprzyjaciela na całym froncie, Sasza był lekko ranny, wreszcie wąwóz został zdobyty – pozostał ostatni akt …zdobycie sztandaru z orłem dwugłowym i odtrąbienie zwycięstwa.”
Żołnierze spod Orła Białego i spod Orła Dwugłowego stali się w tym widowisku równocześnie i aktorami,i widzami. Jedni i drudzy przygotowywali plan bitwy, broń i obserwowali poczynania przeciwnika. Stanowili zamknięty układ. Ktoś z zewnątrz nie mógł ani włączyć się do gry, ani nawet jej obserwować. Mógł ją tylko przerwać. „Wtem – o zgrozo, jak duch Banka – nad wojskami stanął ukochany dyrektor, Feliks Fabiani, któremu doniesiono, co się dzieje. Blady, zaniepokojony, z załamanymi rękoma krzyknął wielkim głosem: „Chłopcy, co robicie na Boga – smarkacze – mogą szkołę zamknąć! – a tuż z drugiej strony wkraczała na plac policja”.
Zatopionych w ferworze walki chłopców interwencja dyrektora, a później policji, przeniosła nagle w inną rzeczywistość. Pole walki, bliskie zwycięstwo rycerzy Białego Orła i szable, stały się w jednej chwili polem z wiatrakami zapełnionym poturbowanymi kolegami dzierżącymi w osłabionych dłoniach drewniane szabelki. „Zapał zgasł. Ręce, uzbrojone w cuda cierpliwości całych tygodn, opadły… głowy pochyliły się z rezygnacją – bohaterskie duszyczki zapłakały z bólu… upokorzenia i żalu, że nie dozwolono świętować im chwały polskiego oręża.”
Chłopcy przeżyli doświadczenie pokrewne strasznej walce Don Kichote'a z wiatrakami, język Cervantesa zdaje się idealnie wyrażać doznawane przez nich uczucia: „Milcz, przyjacielu Sanczo – odparł Don Kichote – sprawy wojenne, bardziej niż inne, podległe są nieustannej zmienności; tym bardziej, że jak myślę, i to jest prawda, ów czarownik (…) zmienił owych olbrzymów w wiatraki, aby mi odebrać chwałę zwycięstwa, tak wielką żywi ku mnie wrogość. Ale koniec końców na niewiele się zdadzą jego złośliwe sztuczki przeciw dzielności mego miecza.”/M.de Cervantes Saavedo „Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy”, tł.L. i Z. Czerny, Warszawa 1983, t. I, s. 61/
I tak jak opuścił pole walki Don Kichote z wiernym Sanczo Pansą, tak i chłopcy musieli się wycofać. „Ukazała się sroga rzeczywistość: wojsko pierzchło w nieładzie – broń, sztandary zabrała policja – pozostali na placu boju bohaterscy wodzowie, by stanąć do śledztwa i ponieść konsekwencje.– Nad szkołą zawisła groza zamknięcia, gdyż owo zwycięstwo małych bohaterów spod Orła Białego wydało się miejscowym władzom zaczątkiem polskiego buntu.”
Do poważnych konsekwencji nie doszło. Symboliczny wybór okazał się trafny i dla rzeczywistości. „Ukochany nasz Dyrektor z powodu tego dziecięcego eposu miał dużo przykrości, połączonych z trudami i kosztami – i tylko dzięki silnej interwencji ojca młodocianego przywódcy, doktora Szpingmila, udało się całą sprawę zlikwidować bez szkody dla szkoły, długo jednak wytykano nam te sztandary polskie. Interwencja doktora wyjednała i amnestię dla dowódców i szeregów.”
A nasza pamięć, dzięki sugestywnej relacji Karmańskiego zyskała niezwykły obraz radomszczańskiej „Bitwy pod wiatrakami”.

Beata Anna Symołon

Od redakcji: Autorka jest historykiem teatru polskiego. Obecnie przygotowuje monografię teatru amatorskiego w Radomsku. Osoby posiadające w rodzinnych zbiorach zdjęcia, dokumenty, wspomnienia związane z radomszczańskim ruchem teatralnym, prosimy o kontakt pod numerami telefonów: 682–33–75 , 682–33–77.

Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.