Stanisław Imieniński – obrazy

Ekspresja barw.


Drzewa. Proste, umowne. Zwężający się ku górze pień z palczastymi, powyginanymi w różne strony gałęziami. Rozcięty do dołu na prawie całej długości. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się ta rana i dlaczego tak nietypowo od dołu. Jakby drzewo przez wiele lat miało podzielone życie, które – by dalej trwać – musi w pewnym momencie się scalić. Nadmiernie wybujałe sosny rosnące bez słonecznego światła. Wyrastają nagle na pierwszym planie, dalsze plany można oglądać już tylko przez ich zasłonę. Iglasty las u podnóża góry. Właściwie szkielety ciemnych pni. Zwarta aleja drzew. Masywne korony zachodzące na siebie niczym płótna rozpięte na nieregularnych blejtramach. Kontrastują z nimi delikatne pnie przypominające ażurową kolumnadę. Trzy drzewa tworzące owalną koronę rzucają cień przekraczający ramy obrazu. Rodzeństwo Hartwigów udowodniło, że polska wierzba może wyrażać prawie każdy nastrój. Artystycznie przetworzona, często ociera się o kicz. Imieniński wymyka się wszelkim kontekstom interpretacyjnym tworząc ideę wierzby. Zgeometryzowany pień i przycięte konary. Wreszcie drzewo najpotężniejsze wypełniające cały obraz. Drzewo & mózg wznoszące się na pniu nerwowym.

Wszystkie te drzewa są silne, lecz nie siłą wypływającą z istoty drzewa. Są silne barwą. Zaskakującym kolorem o niezwykłej intensywności. Rozcięte drzewo przebiera barwę słońca lub ognia. Te kolory nie opowiadają losu drzewa, one go wykrzykują. Sosny są ciemno fioletowe, utrzymane w tonacji całego obrazu. Stanowią jedyny szereg żałobników bezimiennego życia. Spoza nich wydobywa się oślepiające światło wieczności. Wieczne trwanie w wiecznym świetle. Spokój chałup położonych na górze jest niedostępny za zasłoną iglastego lasu: czarnego, ciemno–zielonego, granatowego. Głębia barwy w miejsce nieprzebytego gąszczu. Intensywność zamiast ilości. Wyblakła zieleń ażurowej alei podkreśla jej li tylko malarski żywot. Obraz odsyłający do płótna, a nie rzeczywistości. Długi pastelowy cień trzech drzew zdaje się płynąć, staje się coraz jaśniejszy i szerszy, spokojnie wchłania patrzącego. Czarne kontury osadzają wierzbę mocno w realnym bycie. Jej pień wchłonął w siebie cały mrok nocy i odcina się wyraźnie od czerwieni lub bieli tła. Krwista czerwień ogromnego drzewa. Ukrwiony aktywny mózg czy zalane krwią bezmózgowie… Żółć, fiolet, czerń, zieleń, granat, rozbielona jasna zieleń, czerwień… Kolory drzew. Dokładniej: pni i gałęzi drzew.

Chałupy, domki, obory… Proste, może nawet uproszczone, sprowadzone do czytelnego, aczkolwiek nośnego, schematu. Trzy spadziste dachy domów ciasno rozmieszczone na łuku. Widoczna jest tylko jedna drewniana ściany. Są bardziej symbolem niż konkretnością. Spajają dwie zimowe monotonne przestrzenie obrazu. Dzięki nim i za nimi świat mógł na chwilę zawirować. Na wyrastającym nagle przed oczyma patrzącego wniesieniu prosty dom. Spadzisty dach pokryty ciężką warstwą śniegu. Lecz tu nie dach, ale jego cień jest ważny. Obejmuje on całą górę zimnym, nawet mroźnym, czerwonym światłem. U Imienińskiego nawet czerwony śnieg może być zimny. Maleńka osada pod wysokim wzniesieniem. Zimno–zielone domy w zimno–zielonej przestrzeni. Ta lodowa zieleń czyni je niedostępnymi. Niewielki domek u podnóża góry. Wszystko rozświetlone światłem śniegu. I światłem dymu wydobywającego się z komina. Dym daje najintensywniejsze światło. Uchwycone światło rodzinnego wnętrza. Bo gdy ono nawet jest, rzadko przedostaje się na zewnątrz z obawy przed utratą. Jak po interwencji złej czarownicy w baśni o ciepłym i puchatym, a przecież przynosi ono szczęście tylko wtedy, gdy się nim dzielimy. Otwarte drzwi obory. Z jej wnętrza wydobywa się smuga światła. Nie wiadomo, co jest jego nośnikiem. Białe domki z intensywnie zielonymi okami w zbliżeniu. Odrapane ściany. Na jednym z takich domków, pod liszajem tynku, różowo–fioletowa miska. Zbiera okruchy upływających lat.

Tło jest powietrzem zamkniętym w wielobarwnych kryształach. Między ściankami kryształów pozostają puste przestrzenie. Inne kryształy nachodzą na siebie nadając tłu kolejny wymiar, stykają się ze sobą, drżą. Najbardziej wibruje tło w nietypowych – dla powietrza – kolorach: jasno fioletowe żółtego drzewa, białe granatowej wierzby, biało – czerwono – fioletowe. Nad utrzymanym w jesiennej tonacji pejzażem, biały pas powietrza. Wyżej kryształowe bloki w znanej już jesiennej tonacji. Harmonia dołu znalazła odbicie w zgeometryzowanej chmurze.

Wejście w świat obrazów Imienińskiego jest prawie niemożliwe. Drogi biegnące środkiem, otoczone lasem, bliżej nieokreślonymi konstrukcjami, giną na linii horyzontu. Lecz przekroczenie tej linii wymaga metafizycznej odwagi. To miejsce, w którym zaczyna świecić światło wieczne. To światło promieniuje też na ostatni odcinek ciemnej początkowo drogi. A jeżeli cała droga została rozświetlona, na jej końcu czeka nicość. Troiste rozdroże, tylko pozornie stawia nas przed edypowym dylematem, bowiem żadna z prowadzących do niego dróg, nie ma początku ani końca. Na czerwoną górę prowadzi biała ścieżka. Nie wiadomo, która z tych przestrzeni jest bardziej nieprzyjazna i zimna. Inną przeszkodę stanowią góry. Zimne, lodowe. Jeżeli u podnóża rośnie las, jest on lasem drzew okaleczonych – nagie pnie mają krótkie jednostronnie skierowane gałęzie, niczym szereg drabin z powyłamywanymi szczeblami. Pola pokrywające inne wzniesienie mają wszystkie barwy morza. I jak one zdają się płynąć. Płynny grunt, na którym ludzka stopa nie znajduje oparcia.

Paletę Imienińskiego tworzą kolory intensywne, rzadkie, zastosowane wbrew logice przyzwyczajeń, nie zawsze zgodnie z rzeczywistością. Barwa wyraża różne, często odmienne, stany i nastroje. Biel może być ciepła, a czerwień zimna. Artysta udowadnia – niczym wtajemniczony uczeń Anthony`ego de Mello – iż piękno nie powinno być nawykiem, ale wrażliwością, świadomością, jasnością i świeżością spostrzegania, wreszcie celowością reakcji.



Beata Anna Symołon
foto Czesław Polcyn


Copyright © 2000 – 2008 Zdzisław Wiśniewski  Wszelkie prawa zastrzeżone.